Teatr Telewizji TVP

o teatrze

Maj z Anną Dymną

Maj z Anną Dymną

Już 2 maja widzowie będą mogli zobaczyć „Zemstę” Aleksandra Fredry w reżyserii Olgi Lipińskiej. W spektaklu z 1993 roku Anna Dymna zagrała Podstolinę. Reżyserka zrywa z „salonową” tradycją wystawiania tej sztuki. Ukazuje prawdziwy, szary i brudny zaścianek oraz ludzi zamkniętych w swym małym światku. Wśród słomy, kur i ogólnego nieporządku toczą się sąsiedzkie kłótnie między rasowym pieniaczem Cześnikiem (świetna rola Jana Nowickiego) i hipokrytą Rejentem (Jerzy Trela). Do tego jednocześnie zabawny i wzruszający Papkin w wykonaniu Jana Peszka oraz Maria Peszek jako Klara.

Trzy kolejne spektakle to telewizyjne adaptacje literatury światowej. 9 maja TVP Kultura proponuje widzom dokonaną przez Kazimierza Kutza realizację biograficznej sztuki Jamesa Joyce’a „Wygnańcy”. Annie Dymnej partnerują w niej Krzysztof Globisz, Jerzy Grałek i Dorota Pomykała. Tydzień później (16 maja) antena przypomni przestawienie będą ca adaptacją słynnej powieści „Palec Boży” Erskine’a Caldwella. Spektakl z roku 1993 roku wyreżyserowała Teresa Kotlarczyk. Obok Anny Dymnej zagrali w nim m.in. Jan Peszek i Maria Peszek.

Ostatnim spektaklem przypominanym przez TVP Kultura w ramach „Miesiąca z Anną Dymną” będzie 23 maja „Wassa Żeleznowa”, w której bohaterka zagrała rolę tytułową. Barbara Sass w spektaklu z 1996 roku sięgnęła po pierwszą wersję dramatu Maksyma Gorkiego, gdzie na plan pierwszy wybija się dramat rodzinny. Tytułowa Wassa – kobieta twarda, zahartowana przez życie – dla swojej rodziny i zachowania jej dobrego imienia gotowa jest zrobić wszystko. Annie Dymnej towarzyszą m.in. Dorota Segda i Magdalena Cielecka oraz Jan Nowicki, Janusz Michałowski i Olaf Lubaszenko.

Emisje o godz. 20.20 w TVP Kultura.

Andrzej Zieliński: rodzinne konflikty podszyte uczuciem

Andrzej Zieliński: rodzinne konflikty podszyte uczuciem

Jak Pan przyjął zaproszenie do tego spektaklu Juliusza Machulskiego?

– Oczywiście z radością. Myśmy się z Julkiem poznali już dawno temu, ale tak na serio nie pracowaliśmy razem. Kiedy więc dowiedziałem się, że zaprasza mnie do współpracy, to oczywiście bardzo się ucieszyłem. Tym bardziej później, kiedy przeczytałem sztukę, którą napisał – bardzo sprawnie i dowcipnie. Innej reakcji być nie mogło.

Na planie spektaklu można spotkać aktorów z różnym zawodowym stażem – są Panie Anna Seniuk i Stanisława Celińska, jest Pana rówieśnik, czyli Cezary Pazura, ale też jest aktorska młodzież, czyli Dawid Ogrodnik, co prawda już nieco obsypany nagrodami, ale dla Alicji Juszkiewicz jest to debiut…

– To jest takie środowisko stosunkowo jednak nieduże. Z Anią czy ze Stasią znamy się od lat. Pracowaliśmy już ze sobą – ze Stasią to nawet w jednym teatrze przez chwilę. Wcześniej nie znałem młodych, ale tutaj wszystko się zgadza.

Gra Pan postać Szymona. Co Pan może o nim powiedzieć?

– Szymon jest pisarzem, który ma jakiś „blok” pisarski, jak nazywają to jego żona i pasierbica, czyli coś z jego weną jest nie tak. Tutaj na branczu w hotelu zostaje postawiony w sytuacji konfrontacyjnej. Wychodzą na jaw jego ciągłe walki z matką, którą momentami traktuje bardzo obcesowo. To wszystko oczywiście wypływa z miłości, bo on chciałby, żeby matka była jak najbardziej doskonała. Dodatkowo Szymon zostaje postawiony w sytuacji konfrontacji z byłym mężem swojej kobiety, który w sztuce nie jest osobą szczególnie lubianą przez nikogo.

Już nazwanie kogoś Zdzisław Knecht ujawnia, jaki jest stosunek autora sztuki do tej postaci…

– Strasznie ciężko na to reagowaliśmy, bo Czarek Pazura ma tak naturalny wdzięk, że ciężko mu się oprzeć. W spektaklu my wszyscy reagujemy na niego jak na jakąś potworną alergię. 

Dawid Ogrodnik: komediowa próba sił

Dawid Ogrodnik: komediowa próba sił

Całkiem niedawno debiutowałeś w Teatrze Telewizji w „Bezdechu” Andrzeja Barta. Później były „Skutki uboczne” Petra Zelenki w reżyserii Leszka Dawida. Teraz rola u Juliusza Machulskiego w „Branczu”. Nieźle to wygląda…

– Tak. Polubiłem tę przygodę z Teatrem Telewizji i cieszę się, że jest to przyjaźń obopólna.

Te trzy role są zupełnie różne. W „Bezdechu” była to rola syna głównego bohatera, który zagubił się w życiu, w „Skutkach ubocznych” grasz homoseksualistę, który przemienia się w Hanę i w kobiecych ciuchach śpiewa po czesku w kabarecie. Tu grasz hiszpańskiego narzeczonego Neli. Jest tu chyba potencjał na brawurową rolę?

– Nie myślę w ten sposób, czy uda mi się stworzyć jakąś brawurową rolę. Skupiłem się na zadaniu, które jest dla mnie czymś nowym. Nie brałem jeszcze udziału w takiej komedii sensu stricte. Chciałem w takim gatunku spróbować swoich sił. Jest to bardzo przyjemna praca.
 
Tutaj oprócz fizycznego przeobrażenia się w Hiszpana, a właściwie Katalończyka – chodzi o strój i tę kręconą fryzurę – musiałeś poduczyć się wymowy języka hiszpańskiego. Były jakieś lekcje?

– Spotkałem się z rodowitym Hiszpanem i nagrywałem go. Rozmawiałem także z nim. Trochę w domu potrenowałem wymowę, czyli uczyłem się konkretnych słów na słuch. Oczywiście na planie znalazło się wiele osób pomocnych i moje wypowiedzi były jakoś korygowane.

Jak Ci się współpracuje z tą ekipą, którą zastałeś na planie? Jest Anna Seniuk, Stanisława Celińska, Gabriela Muskała, Andrzej Zieliński, Cezary Pazura…

– Na planie była bardzo miła atmosfera – taka koleżeńska. Przyjemnie być z tymi ludźmi. Miło jest dołożyć swoją małą cegiełkę do tego przedsięwzięcia.

Partnerujesz tu Alicji Juszkiewicz, dla której rola Neli to debiut. Z tego, co widziałem na planie, to daje sobie znakomicie radę…

– Tak. Ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczony i bardzo jej kibicuję. To jest bardzo uzdolniona dziewczyna i bardzo fajnie się z nią gra. Zresztą z wszystkimi super się gra. Jest naprawdę bardzo „branczowo”.

Gabriela Muskała: w komedii czuję się jak ryba w wodzie

Gabriela Muskała: w komedii czuję się jak ryba w wodzie

Ostatnim razem mogliśmy widzieć Panią w Teatrze Telewizji w „Śmierci Rotmistrza Pileckiego” w 2006 roku. To był Teatr Faktu. Teraz jest coś zupełnie odmiennego – rola w spektaklu mistrza komedii Juliusza Machulskiego…

– Propozycja roli w „Branczu” ucieszyła mnie podwójnie. Przede wszystkim dlatego, że od lat marzyłam o współpracy z Juliuszem. Ale również dlatego, że to rola komediowa. Swoją drogę aktorską zaczynałam do komedii, musicali i fars. Później przyszły dramaty psychologiczne i tak się złożyło, że w tych dramatach ugrzęzłam na wiele lat. Bardzo się cieszę, że ostatnio reżyserzy znów przypomnieli sobie o moim potencjale komediowym.  Rolami w filmie „Być jak Kazimierz Deyna” czy teraz w „Branczu” znowu mogę dotknąć formy, którą uwielbiam i w której czuję się jak ryba w wodzie.

Co może Pani powiedzieć o roli, którą gra Pani w tej komedii Juliusza Machulskiego?

– Gram Martę, córkę Kazi (Stanisława Celińska), która jest żoną Szymona (Andrzej Zieliński) i matką Neli (Alicja Juszkiewicz). Marta jest psychologiem. Myślę, że to taka pani psycholog, która nieźle sobie radzi ze swoimi pacjentami, pomagając im pozbyć się traum i problemów, natomiast z własnymi problemami poradzić już sobie nie umie. Ten brunch, który zorganizowała dla całej rodziny, staje się dla niej formą psychodramy. Odżywają emocje z dzieciństwa i dręczące ją demony, o które obwinia swoją matkę.

W hotelowej restauracji pojawiają się były i obecny mąż Marty. Zdzisław Knecht i Szymon to faceci zupełnie z innych światów…

– Powiedziałabym nawet, że z przeciwległych biegunów.  Patrząc na totalnie nieodpowiedzialnego, choć barwnego i uroczego Knechta łatwo się domyślić, z jakich powodów Marta kiedyś go zostawiła. Szymon jest jego przeciwieństwem: opanowany, spokojny, czasami wręcz nudny. Chociaż do czasu – dopóki nie pojawia się jego matka. On też ma z nią jakieś niepozałatwiane sprawy. Jest tu taki układ rodzinny, że kiedy iskry lecą między Martą a jej matką, Szymon nawołuje do zachowania spokoju, ale kiedy za chwilę iskrzy między Szymonem a jego matką, z wyrozumiałością interweniuje Marta.

Wydaje się, że ta najmłodsza w rodzinie jest najrozsądniejsza…

– Zdecydowanie tak, choć i ona już potrafi pokazać pazury i urządzić histerię. Marta jest kalką swojej wybuchowej matki Kazi. A Nela powoli wykazuje cechy Marty. To trzy mocno temperamentne kobiety w różnym wieku.

Olga Bołądź: wisienka na torcie

Olga Bołądź: wisienka na torcie

Jeżeli coś jest autorstwa i w reżyserii Juliusza Machulskiego to możemy niemal w ciemno założyć, że jest to komedia. Czy lubi Pani tę formę?

– Bardzo lubię i sobie cenię. Mam w teatrze żywego planu doświadczenie grania komedii. Zawsze wymaga to dużej sprawności i współpracy z kolegami na planie, słuchu i wrażliwości na reżysera – trzeba wyczuć jaki jest sposób myślenia i jak wejść w wykreowany przez niego świat. Tu dodatkowo mam możliwość pracy z Juliuszem Machulskim, mistrzem komedii, u którego zawsze chciałam zagrać. Cieszę się, że zwrócił się z propozycją zagrania roli właśnie do mnie.
 
Czy miała Pani już okazję występować w Teatrze Telewizji?

– Jest to mój debiut i jestem bardzo zadowolona, że ten występ przypadł na przedstawienie w reżyserii Juliusza Machulskiego. Miałam poprzednio kilka podejść „do tematu”, ale w końcu nic z tego nie wychodziło.

Pani rola w tym spektaklu może nie jest zbyt duża, ale pojawia się Pani na planie dość regularnie?

– Akcja toczy się w restauracji hotelu Helton. Na tytułowy brancz członkowie rodziny nie przybywają razem, stąd pojawiam się przy stole wielokrotnie. Zachowuję się jak typowa kelnerka w bardzo dobrej i drogiej restauracji, czyli według zasady „klient ma zawsze rację”. Mimo, że przez niektóre osoby jestem traktowana nieco z góry, to zawsze odpowiadam: „oczywiście”, „tak, proszę pani”, czy „tak, proszę pana”. Jest scena gdy Stanisława Celińska jako spektaklowa Kazia żąda dla siebie pulpetów w sosie koperkowym, których nie ma w menu. Ja jednak jako wzorowa kelnerka dostarczam jej to danie spoza karty.

U Juliusza Machulskiego często bywa przewrotnie. W poprzedniej komedii rodzinnej „Matka brata mojego syna” rolę tytułową zagrała Milena Suszyńska, która nie wypowiada w spektaklu ani słowa. W „Branczu” właśnie do kelnerki należy ostatnie zdanie…


– Tak, taką nagrodą dla mnie jest finał, którego oczywiście nie będę zdradzać, bo nie chcę psuć zabawy telewidzom. Moja postać ma w tym przedstawieniu dosyć ciekawe zakończenie i jest to jakby pointa dla całej sztuki – właśnie przez moją postać. Zdecydowanie ta wisienka na torcie przypada właśnie mnie, dzięki łaskawości autora sztuki.

Witold Adamek: spektakl z marką Machulski

Witold Adamek: spektakl z marką Machulski

„Brancz” jest trzecią z tzw. komedii rodzinnych Juliusza Machulskiego – po „Next-ex” i „Matce brata mojego syna”. Czy praca operatora na planie każdego z tych spektakli wyglądała podobnie?

– Niekoniecznie. Do każdego spektaklu odbywają się rozmowy pomiędzy reżyserem i operatorem. Podczas nich ustalane są pewne zasady co do charakteru światła, co do sposobu opowiadania. To nie jest tak, że tak jakby z jednej formy się to robi.

Na czym zatem polegała specyfika Pana pracy na planie spektaklu „Brancz”?

– Ten teatr jest zupełnie inny od „Next-ex” i „Matki brata mojego syna”. Tutaj jest bardzo duża liczba osób, bardzo dużo dialogów, więc trzeba było generalnie skupić się na aktorze. Wykonana została bardzo duża liczba ujęć, żeby później reżyser w montażowni mógł przechodzić nie tylko na osobę, która mówi, ale także na osobę czy osoby, które słuchają albo reagują. Specyfiką tej pracy było na pewno zrobienie bardzo dużej liczby ujęć.

Problem jest w tym, że akcja odbywa się w zasadzie w jednym miejscu – luksusowej hotelowej restauracji – i wyzwanie, przed którym Pan stanął to uatrakcyjnienie tego dla widza…

– Oczywiście. Chodzi tu o te zmiany planów, zarejestrowanie wszystkich reakcji, nie tylko tych, którzy mówią, ale tych którzy słuchają, wchodzą, czy wychodzą. Tutaj były wyjątkowe ustalenie z reżyserem, żeby skupić się na dużej liczbie ujęć.

Kłopotliwe było to, że odbywa się to właśnie w restauracji, gdzie się spożywa posiłki, w tym tytułowe „brancze”. Przy kolejnych dublach trzeba było uzupełniać talerze, czy kieliszki. Uwaga ta dotyczy m.in. klopsików w sosie koperkowym spożywanych przez Stanisławę Celińską…

Juliusz Machulski: staram się czerpać z życia

Juliusz Machulski: staram się czerpać z życia

Jaki jest przekaz ten najnowszej Pana sztuki „Brancz”?

– Przekaz jest taki, że w rodzinie bardzo trudno żyć, ale bez rodziny się nie da. Mimo, że wydaje się nam, że wszyscy się nienawidzimy, to jednak wszyscy się kochamy.

Po raz trzeci, po „Next-ex” i „Matce brata mojego syna”, w „Branczu” tematem są sprawy rodzinne. Co jest w centrum Pana zainteresowania?

– Gdy piszę sztuki, takie rodzinne wiwisekcje, czy psychodramy, to interesuje mnie rodzina trzypokoleniowa – dorośli, średnio dorośli i ci najmłodsi. Każde z tych pokoleń jest trochę inne i każde ma swoje zalety i niedostatki. Wydaje mi się, że wtedy jest to skierowane do najszerszej widowni, bo dla każdego coś miłego się znajdzie. Ponieważ w tym teatrze środki są ograniczone, mamy tu jedność czasu, miejsca i akcji, dlatego też wszystko polega na dialogu i charakterach.

Czym się różni praca w teatrze żywego planu od pracy w Teatrze Telewizji?


– W teatrze to ja za dużo doświadczeń nie mam. Podejrzewam jednak, że tam to można porównać do maratonu, podczas kiedy w telewizji jest sprint. Bardzo długi czas w teatrze trwają próby. W telewizji czas jest bardzo krótki. W tym przypadku mieliśmy osiem prób wcześniej, ale potem jak to już się kręci, to trzeba to robić bardzo szybko. To jest bardziej podobne do filmu – jeden, dwa duble i ma być dobrze. A potem wszystko inne robi się w montażu. W teatrze nie ma montażu, czyli musi być doskonałe od razu.

Zdarza się, że w trakcie realizacji następują zmiany w scenariuszu. Jak było w przypadku „Branczu”?

– Akurat tę sztukę dopisywałem na próbach, bo nie była gotowa do końca. Nie byłem zdecydowany co do jej właściwej wersji. Zainspirowany byłem także przez aktorów, bo oni są aktorami, którzy wszystko potrafią zagrać. Jak już została ustalona obsada, to zrozumiałem, że muszę ich wyposażyć w większe zadania, ponieważ spodobało mi się to co robią. Jednocześnie brakowało mi czegoś w konstrukcji tej sztuki. Zmobilizowałem się i zrobiłem inne zakończenie niż było.

Cezary Pazura: nie lubię maczo

Cezary Pazura: nie lubię maczo

Pana postać, Zdzisław Knecht, to kto?

– Lekkoduch, lowelas, który chce być wiecznie młody. Ale to jeszcze nie byłoby winą. Knecht jest zakłamany. Przy całej swojej obrzydliwej postawie, udaje Polaka-katolika, człowieka religijnego. Zdaje się, że on nawet nie do końca uświadamia sobie swoją obłudę. Jest gatunek dwulicowców, którzy nie czują, że są kanaliami albo wypierają to z siebie.

Odmiana „świętoszka”?

– Może coś w tym jest. Świętoszek po polsku. Molier wiecznie żywy.

Knecht to po  niemiecku „niewolnik”, „sługa”. Czy to w tym przypadku charakterystyczne dla starych sztuk nazwisko „mówiące”?


– Zakładam, że autor nadając mu określone miano chciał coś przez to powiedzieć. Jeśli Knecht to niewolnik, to jest on niewolnikiem swojego wyobrażenia o tym, jakich mężczyzn lubią kobiety. To mieszanina maczo i tchórza, zadufany w sobie głupek.  Nie nazwałbym go „sługą”, bo to słowo ma też dobrą konotację. Można godnie służyć.

Czy Juliusz Machulski powierzył Panu tę rolę, bo jest ona jakby drwiną z granych przez Pana postaci pyszałkowatych maczo.

– Dobrze, że pan powiedział „pyszałkowatych”. Nigdy nie grałem tzw. prawdziwych mężczyzn w tonacji serio. Zawsze grałem karykatury takiej figury. I całkowicie zgodnie z moim prywatnym usposobieniem. To jest rodzaj męskości, której nie lubię,  forma zakochania się w sobie, narcyzm. Knecht to ktoś, kto udaje człowieka inteligentnego, a w rzeczywistości, jak to się kolokwialnie mówi, „słoma wystaje mu z butów”.

Anna Seniuk: śmieszny kapelusik i skrupuły

Anna Seniuk: śmieszny kapelusik i skrupuły

Kim jest Alicja tym rodzinno-polskim kociołku?

– Kiedy przeczytałam sztukę Juliusza Machulskiego, pomyślałam sobie, że takie panie jak Alicja, spotkałam w życiu dziesiątki razy, a może i mnie zdarzyło się kilka sytuacji, że byłam kimś podobnym do niej. Alicja to starsza pani, inteligentka o zacięciu społecznikowskim. Jest zabawna i nawet wzruszająca w tym swoim trochę naiwnym widzeniu świata, choć przecież sam wiek wskazuje, że musiała sporo przeżyć.

Alicja nosi się w sposób charakterystyczny dla inteligentek humanistek trochę starego typu: kolorowy, trochę śmieszny kapelusik, fikuśny strój…

– Taki dziewczęcy sposób ubierania się, ale na modłę dziewcząt sprzed lat. Alicja jest też zabawna w swoim mocno egzaltowanym sposobie bycia, pełnym ochów i achów i rozmaitych, trochę staromodnych zasad, rozmaitych skrupułów.

I co rusz podkreśla, że nie ma żadnych wymagań, że nie trzeba sobie nią zawracać głowy…

– To także rys charakterystyczny dla kobiet tego pokolenia. Wychowywano je w duchu służenia innym, przedkładania cudzych potrzeb ponad swoje. Na pierwszym planie były potrzeby męża, dzieci, a dopiero potem takich kobiet jak Alicja. To im weszło w krew i nawet kiedy przyczyny takich postaw ustały, one nadal powielają swoje  wyuczone odruchy.

W pewnym momencie Alicja wypowiada się także w kwestiach pozaprywatnych. Np. ocenia poprzedni ustrój. Mówi, że socjalizm czy komunizm był dobrą ideą, tylko ludzie do niej nie dorośli…


– To pogląd dość często spotykany w pokoleniu Alicji, czyli w moim pokoleniu. W tamtych czasach mocno to nam wciskano do głów, zwłaszcza w szkole. Gdy tylko źle się działo, mówiono, że ludzie wypaczyli ideę, że to my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za niedociągnięcia, za niedostatki i niedogodności życia w socjalizmie.

Stanisława Celińska: kobieta doświadczona

Stanisława Celińska: kobieta doświadczona

Kazia jest reprezentantką starszego pokolenia, konfrontującą się z pokoleniem dzieci i wnuków…

– Kazia to stara już, doświadczona kobieta. Ma za sobą także jakieś doświadczenia wojny. Jej życie zostało wyznaczone przez wszystko to, co łączy się ze słowem „przetrwać”. To było pokolenie, które musiało walczyć o najdrobniejsze rzeczy, takie, które dziś dla młodych są oczywiste, czasem o łyżkę i talerz, o coś do jedzenia, czasem o byle łach na grzbiet, nie mówiąc już o byle jakim dachu nad głową, choćby kątem u kogoś. To ją utwardziło, sprawiło, że bywa przykra, obcesowa, niecierpliwa.

Kazia jest tradycjonalistką w każdym calu…

– Jak większość starszych ludzi, którzy lubią to co dobrze poznali, co było treścią ich dzieciństwa i młodości. Uważa, i słusznie, że tradycja jest nam potrzebna, posuwa się nawet do sformułowania, że „bez tradycji jesteśmy zwierzętami”.

Drażni ją nowa rzeczywistość, nasycona rzeczami, sytuacjami, obyczajami i słowami, których nie było za jej czasów…


– Tak, toteż przedrzeźnia te brancze-blancze-srancze. Wydaje jej się to niepotrzebnym zbytkiem. Nie rozumie po co organizować święta w restauracji, po co na to wydawać pieniądze, skoro, jak mówi, za cenę dań dla jednej osoby zrobiłaby zakupy na cały miesiąc.

Ma też cechy niesympatyczne, na przykład niegrzecznie traktuje obsługującą kelnerkę…

– To nawyk wyniesiony z czasów, kiedy ludzie traktowali się wzajemnie bardziej obcesowo niż dziś, kiedy częściej po chamsku i z góry traktowano osoby zależne, usytuowane niżej z różnych powodów.